Małe pomieszczenie, otulone zmysłową peleryną mroku, poprzerywaną gdzieniegdzie mdłym światłem ulicznych latarni, wpadającym przez okno. Jasne ściany, o kolorze którego nie można dokładnie określić w ciemnościach; biała szafa; zarys biurka; krzesło i łóżko – tyle bez problemu zdołamy dostrzec w środku. Na łóżko pada wąska smuga światła i to tylko dzięki niej możemy dostrzec, że w pokoju ktoś jest. Pośród zmiętej pościeli, przyciskając swoje kolana do brody leży ciemnowłosa postać. Drży z zimna, gdyż praktycznie cała kołdra znajduje się pod jej skulonym, chuderlawym ciałem. Mocno zaciśnięte powieki, głowa powoli zsuwa się ze skrawka miękkiej poduszki. W pokoju rozlega się cichutkie westchnienie. Morfeusz nie chce wypuścić jej ze swoich mocnych objęć, które tulą dziś do siebie nie tylko powabną kobietę, ale i upiorny koszmar.
”””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””
Pac pac, pac pac.
Tak naprawdę, powinniśmy bać się ciemności. Nie każdy to wie, ale w mroku może ukryć się nawet najbardziej parszywa istota – człowiek.
Pac pac, pac pac.
Aż strach pomyśleć, co zobaczymy, zapalając światło w środku nocy. Niespodziewanie i gwałtownie – zanim wszystkie szkarady zdążą uciec, schować się gdzieś w cieniu.
Pac pac, pac pac.
Mówimy tu o małym pomieszczeniu. A co jeśli chodzi o ogromny dom z dziesiątkami komnat i spiralnymi schodami? I choć okna są ogromne, ktoś pracowity zakrył jej wszystkie długimi kotarami. Nie wystarczył mu mrok nocy. On chciał czegoś więcej.
Pac pac, pac pac.
Poświata księżyca naprawdę dodaje otuchy. Schodząc po marmurowych schodach, wręcz instynktownie zaczynam jej szukać. Ciężkie kotary, nie pozwalają jednak dostać się do środka żadnej materii.
Pac pac, pac pac – moje nagie stopy, tworząc regularną symfonię delikatnych uderzeń, pokonując zimne stopnie. Schodek po schodku, ostrożnie i powoli. Świeca drży w dłoni, a oddech jest przyspieszony. W tym momencie nie mogę zaufać nawet sobie. Wystarczy chwila zwątpienia, maleńkie zawahanie i wszystko pójdzie na marne. A człowiek to dziwaczna istota. Nawet najgenialniejszy plan, w ostateczności wydaje się wątpliwy. I właśnie to popycha nas w stronę klęski i samodestrukcji, czego za każdym razem się doszczętnie wyrzekamy.
Jeśli chodzi o mnie, nie mam się o co martwić. Jestem pewna i nie wycofam się w ostatnim momencie; przecież tyle na to czekałam! Już mogę dostrzec zarys masywnych, drewnianych drzwi – a może to tylko moja chora wyobraźnie imaginuje sobie to, czego naprawdę pragnie? – więc przyspieszam. Musi się udać, w końcu się stąd wydostanę, tak! Bo jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie w ten sposób, to w jaki? Jeśli nie tutaj, to gdzie?
Miliony pytań bez żadnej, konkretnej odpowiedzi. Miliony bezpodstawnych uwag, niepewności. Miliony uczuć, które kłębią się w moim sercu, w mojej duszy, w mojej głowie. Jak dać im upust? Kolejne pytanie. I kolejne.
Serce wręcz boleśnie obija się o żebra, a ja zeskakując z dwóch ostatnich schodków, sunę po wypolerowanym parkiecie bosymi stopami, jak najprędzej chcąc minąć tą chwilę pełną napięcia i mieszanych myśli.
A co jeśli nie uda się? – jeszcze przed chwilą byłam taka pewna…
Pod wpływem jakiegoś silnego impulsu, zupełnie tracąc kontrolę nad swoim drżącym z przerażenia ciałem, poderwałam się do biegu z szerokim uśmiechem na twarzy, już przekonana o swoim sukcesie. Kto szybko liczy, ten dwa razy liczy.
Nagle twarz pobledła, oczy otworzyły się szeroko, a wygięte w uśmiechu kąciki ust, zadrżały nieznacznie, opadając ku dołowi. Raptownie zatrzymałam się w pół kroku, garbiąc aż z przerażenia plecy i kuląc ramiona. Stał tuż przede mną. Zawsze dwa kroki do przodu, zawsze mądrzejszy i zapobiegliwy. Było za ciemno bym mogła to dostrzec, ale świetnie znałam to uczucie – czułam, jak wwierca się we mnie pobłażliwe, a zarazem jakże surowe spojrzenie Jego ciemnych tęczówek.
Upadłam na kolana, nie mogąc uradzić ciężaru Jego bliskości. Ukryłam twarz w dłoniach, a pasma długich włosów zakryły mnie swoistą kurtyną, gdy tylko pochyliłam się do przodu. Silne dreszcze zaczęły smagać moim ciałem, gdy tylko usłyszałam kroki.
- Ile razy będziesz jeszcze próbować? Zrozum, że nigdy ci się nie uda, skarbie. Nigdy cię stąd nie wypuszczę. Należysz do mnie, oni są tylko przykrywką. Nawet nie wiesz jak bardzo tęsknię każdej nocy, jak bardzo cierpię nie mogąc zajrzeć w twoje śliczne oczy; nie mogąc usłyszeć twojego perlistego śmiechu. I choć to bardzo egoistyczne, chciałbym mieć cię na własną wyłączność. Na wieki. Na zawsze. Moja.
”””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””
Divine gwałtownie poderwała się z łóżka, by po chwili z powrotem opaść ciężko na poduszkę.
- Cholera, cholera, cholera.
Wymruczała pod nosem, przymykając oczy i odgarnęła wilgotne włosy z twarzy. Kropelki potu zabłyszczały na jej czole pod wpływem światła ulicznych latarni. Przełknęła głośno ślinę, starając się zapanować nad swoim niespokojnym oddechem.
Co się ze mną dzieje?
Nie, to na pewno nie było normalne. Zaczęło się miesiąc temu, a trwa aż do dziś. Nieomal każda noc, musi być uwieńczona koszmarem i pobudką w samym środku nocy. Sny zawsze były do siebie podobne – element ucieczki, ogromne przerażenie, wielki pałac, totalne ciemności no i On, tajemniczy mężczyzna, wzbudzający w Divine strach nawet po przebudzeniu. Jego wypowiedzi zawsze polegały na tym samym, jednak różniły się od siebie. Nigdy nie ujrzała jego twarzy, nigdy wprost na niego nie spojrzała. Tylko ten głos…
Usiadła na łóżku, kładąc nogi na podłodze i wzdychając ciężko, a kątem oka zerknęła na zegarek. 3.15. No no, całkiem nieźle, jak na nią.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech, starając się jakoś uspokoić. Już dobrze, to tylko kolejny głupi koszmar - i to dzięki tej myśli zdołała podnieść się ciężko z łóżka i niepewnymi krokami drżących nóg wyjść z pokoju. Czy zwykły koszmar wzbudza tak silne emocje na tyle po przebudzeniu? Czy zwykły koszmar pamiętamy w całości przez cały czas? Czy zwykły koszmar może być tak realistyczny? Divine czuła zmęczenie - zupełnie jakby przed chwilką zbiegała po marmurowych schodach; po jej lewej dłoni rozchodziło się przyjemne ciepło - zupełnie jakby wcale nie tak dawno, dzierżyła w niej rozżarzoną świecę. To tylko zbieg okoliczności, albo głupia siła sugestii.Zapaliła światło w kuchni i mrużąc oczy podeszła do zlewu, chwytając w między czasie jeden z czystych kubków, stojących na blacie. Wbiła spojrzenie bez wyrazu w wpadającą do kubka stróżkę krystalicznej wody, by w końcu jednym haustem wypić całą zawartość kubka. Zimna woda, rozchodząca się po jej przełyku, pozwoliła dziewczynie trochę ochłonąć i uspokoić szaleńcze bicie serca. Oparła się więc o blat i beznamiętnym wzrokiem ( w którym jednak mimo wszystko, dało się dostrzec szczyptę ulgi i odrobinę zmęczenia ) śledziła przejeżdżające ulicą samochody. Co prawda o trzeciej w nocy nie było ich szczególnie dużo, więc co jakiś czas zawieszała spojrzenie na błyszczącym między gwiazdami księżycu. Był mniejszy od każdej otaczającej go gwiazdy, a jednak przyćmiewał każdą z nich swoim blaskiem. Wydawał się taki majestatyczny i wielki...
- Divine?
Dziewczyna aż podskoczyła, nieomal wypuszczając kubek z dłoni, kiedy to niespodziewanie usłyszała czyiś głos. Obróciła się w stronę drzwi i wywracając oczyma, odetchnęła z ulgą.
- Mamo, nie rób tak więcej! - odgarnęła opadające jej na czoło kosmyki ciemnych włosów i spojrzała z wyrzutem na kobietę stojącą w progu kuchni. - Wystraszyłaś mnie.
- Divine, dziecko dlaczego ty znowu nie śpisz? - zapytała od razu kobieta, puszczając uwagę córki mimo uszu. - Dalej masz te koszmary?
Matka podeszła do dziewczyny i opierając się o ten sam blat, położyła dłoń na jej ramieniu. Była dobrym rodzicem, martwiła się o swoje dziecko, które od miesiąca zarywało noce i bało się zasnąć. W końcu Divine miała 17 lat, jeśli nie potrafiła sama poradzić sobie z czymś tak banalnym jak koszmar senny, musiało to być coś naprawdę poważnego. No bo przecież nie przejmowałaby się zwykłym snem o demonach czy duchach. Jej sny były czymś więcej... Wywoływały głęboko zakorzenione uczucia, emocje i wytrącały nastolatkę z jej codziennej równowagi.
- Tak, mamo, ale nie przejmuj się. Dam sobie radę, to tylko głupie sny. Przecież nie mogą mnie zabić, no nie? - zaśmiała się, całując mamę w policzek i wyminęła ją wracając z powrotem do pokoju. - Dobranoc!
Zawołała jeszcze w jej strony i zamknęła białe drzwi swojego pokoju. Kolejna noc spędzona przed laptopem? Och, zapowiada się bajecznie...
***
Divine otworzyła swoją szkolną szafkę, przekopując ją w poszukiwaniu zeszytu od biologii. Gdzie to ona go wkładała...? Chyba właśnie dostrzegła jego kolorową okładkę pośród sterty innych zeszytów, gdy ktoś z premedytacją zatrzasnął jej szafkę przed oczami. Spomiędzy jej zaciśniętych, malinowych warg wymknęło się poirytowane mruknięcie; nawet nie musiała obracać się w stronę sprawcy.
- Ugh, Flinch! Zrobię ci coś kiedyś, przyrzekam.
- Jesteś śliczna, jak się denerwujesz. - wymruczał chłopak o czekoladowych oczach i oparł się o szafkę obok.
- Daj mi spokój.
Wywróciła oczyma i ponownie na tej przerwie, zaczęła szukać w pęku kluczy jednego, maleńkiego kluczyka do szkolnej szafki. No co za człowiek!
- Uważaj na słowa, mała. Bo ja też się mogę zdenerwować. - puścił do niej oko. - Wiesz, że Flinchów się szanuje, nie?
Nie odpowiedziała. Jedynie ponownie otwarła szafkę, odgradzając się tym samym od natarczywego spojrzenia tych jego magnetyzujących oczu. Znalazła zeszyt, jednak dalej grzebała w szafce bez żadnego konkretnego celu. By tylko mieć chwilę spokoju. Stojący tuż obok Alexander Flinch, już wykorzystując chwilę nieuwagi Div, przeszedł na drugą stronę, nie mogąc się oczywiście powstrzymać, przed dotknięciem choć koniuszkami palców jej wątłego ramienia. Kim właściwie był? Jednym z najbliższych, a zarazem najbardziej irytujących ludzi w życiu Divine. Przyjaźnili się już od piaskownicy, a ich relacje usiane były wieloma burzami i nawałnicami. Od początku liceum, Alex ( ani trochę skrycie ) podkochuje się w Div i zabiega o jej względy, co ją tylko jeszcze bardziej irytuje. Przecież Flinch jest jej przyjacielem, dziewczyna naprawdę nie chciałaby, żeby ich przyjaźń skończyła się z powodu nieudanego romansu. Mimo tego, iż co chwilę na niego naskakuje i krzyczy, bardzo jej zależy na takim przyjacielu, jakim jest brązowooki chłopak.
- Ten cały Shiver znowu się na ciebie tak głupio spojrzał. Zaraz normalnie tam podejdę i naprawdę mu przyłożę. Zobaczymy, czy wtedy też będzie się tak głupkowato uśmiechał. Frajer jeden.
- Alex uspokój się.
Mael Shiver - najpopularniejszy, najprzystojniejszy, najfajniejszy, najlepszy, najbardziej pożądany chłopak w szkole. Każda, dosłownie KAŻDA się w nim podkochiwała. Był doprawdy idealny. Jednakże, jak to na popularnych przystało, trzyma się tylko ze swoją "elitką" tych bogatych i pozornie fajnych. Dlategoteż większość dziewczyn, mogła tylko sobie co najwyżej pomarzyć o rozmowie z Maelem.
- Dlaczego? Niech nie myśli, że jak jest fajny, to nikt nie może mu przyłożyć. Najchętniej to właśnie w tym momen.... - urwał nagle w połowie zdania i otwierając szerzej oczy, popatrzył na Divine, która to po raz pierwszy dzisiejszego dnia, obróciła się w jego stronę. - Mój Boże, Ivy! Dlaczego wyglądasz jak zombie?! Spałaś w ogóle ostatnio?
Divine obrzuciła go pobłażliwym spojrzeniem i wyjmując zeszyt od biologi, zatrzasnęła z impetem szafkę. Właśnie w tym momencie, rozbrzmiał szkolny dzwonek, który wręcz mrożył krew w żyłach. Przed wyjściem z domu, widziała, że ma podkrążone oczy i zapadnięte policzki, jednak nie sądziła, że wygląda to na tyle źle.
- Wiesz, jak nie masz gdzie spać, to naprawdę moje łóżko pomieści dwie osoby.
- Idź się leczyć, Alex.
Wyminęła go i zniknęła za pierwszym zakrętem.
xoxoxox
cześć :) pierwszy rozdział, chyba wprowadziłam tę nutkę tajemniczości i nastrój, w jakim będzie prowadzony blog : ) mam nadzieję, że wam się podoba, bo mi osobiście nie. no. z góry przepraszam za szablon, zmieni się w najbliższym czasie.
na zdjęciu u góry CRYSTAL REED. umieściłam jej zdjęcie, by pomóc wam wyobrazić sobie naszą główną bohaterkę :D
Hah ciekawie się zaczyna. nie moge doczekać sie następnej notki :)
OdpowiedzUsuń